Pokazywanie postów oznaczonych etykietą potyczki kuchenne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą potyczki kuchenne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 czerwca 2013

czekoladowe

Różne wersje ciast z czekoladowym spodem i śmietankową górą pojawiały się na tym blogu już wielokrotnie. Co odkryłam całkiem przez przypadek przeglądając archiwum i wydało mi się zdecydowanie podejrzane :), ale najwyraźniej takie właśnie lubimy najbardziej. Ta wersja, inspirowana czekoladową chmurą Nigelli, jest wyjątkowo smaczna i na dodatek bezglutenowa, co ważne dla wielu osób. Niestety nie jest bezmleczna, ale może i do takiej wersji uda mi się kiedyś dotrzeć. Wypróbowałam wersję z czekoladą gorzką o 70% kakao i wydawała mi się zbyt mocno czekoladowa i gorzka, z deserowymi jest w sam raz :).  Ciekawe jaka by była z czekoladą białą (chyba wypróbuję dziś!) - na mężowskie imieniny. 
Trzeba przygotować: 
2 tabliczki czekolady deserowej lub gorzkiej
100 g masła = pół kostki
1/3 szklanki oleju
6 jajek
3/4 szklanki cukru

Na warstwę białą potrzeba:
300 ml śmietanki 30% słodkiej, do ubijania
pół opakowania mascarpone
3 łyżeczki płaskie żelatyny lub galaretka smakowa

W dużej metalowej misce roztopiłam (nad garem z gotującą się wodą) czekoladę połamaną w kawałeczki, masło i dodałam olej. Można to również zrobić w mikrofalówce, zamieniając oczywiście miskę metalową na plastik.  Jak lekko przestygło dodałam dwa całe jajka i 4 żółtka, oddzielone od białek, dobrze wymieszałam na gładką masę. Białka w osobnej misce ubiłam z cukrem na sztywno i stopniowo dodawałam do masy czekoladowej, dokładnie i delikatnie mieszając łyżką. Taką masę przełożyłam do tortownicy o średnicy 25 cm, której dno wyłożyłam uprzednio papierem do pieczenia, a boki wysmarowałam masłem. Piekłam przez 40 minut, w piekarniku nagrzanym do 180 st C (bez termoobiegu). Sporo urośnie i czasem nawet popęka, ale nie należy się tym przejmować. 
Masę na wierzch można zacząć robić jak ciasto zupełnie wystygnie i zapadnie się nieco. Takie zapadnięcie się to akurat efekt pożądany i chyba nieuchronny przy cieście nie zawierającym grama mąki ;-))). Przed dekorowaniem trzeba jeszcze oczywiście wyjąć ciasto z formy i przełożyć je na duży talerz lub paterę. Konia z rzędem temu, komu ta sztuka uda się bezproblemowo, bo dla mnie to najtrudniejszy moment całej operacji. Nie zrażając się kruszącymi się brzegami wspomagałam się szerokim nożem, ale i tak nie uniknęłam  stresu, że się całkiem rozpadnie... ehh... 
Żelatynę namoczyłam i rozpuściłam w gorącej kąpieli wodnej (kubek, w którym ją zalewam kilkoma łyżkami zimnej wody i zostawiam do napęcznienia, potem wkładam do większego rondelka wypełnionego wrzątkiem, dodaję łyżkę wrzątku  i dokładnie mieszam). Śmietanę ubijam mikserem i pod koniec ubijania dodaję mascarpone oraz płynną żelatynę i jeszcze chwilę miksuję. Wersja z galaretką, rozrobioną w bardzo małej ilości wody i przestudzoną, też zda egzamin. 
Potem już sama przyjemność... dekorowanie sezonowymi owocami i konsumpcja... mniam........ :):):) Znika do ostatniego okruszka......

wtorek, 7 maja 2013

zapraszam na chłodnik

Jadacie chłodniki...? Bo my tak!! to jedna z zup, która na stałe gości w repertuarze wiosennych smakołyków. Jak tylko uda się kupić młode buraczki, zwane botwinką, to trudno się jej oprzeć :). 
Buraczki obieram, liście myję i kroję niezbyt drobno, wrzucam na lekko posolony wrzątek. Gotuję krótko - powinny lekko zmięknąć, ale nie rozgotować się. W tym czasie obieram ogórki i kroję je drobno (mam taką sprytną tarkę, dzięki której otrzymuję śliczne wąskie słupki). Podgotowane buraczki schładzam szybko (wstawiam gar do zlewu z zimną wodą), dodaję ogórki i kefir i jogurt naturalny, ewentualnie nawet kwaśną śmietanę 18%. Celowo nie piszę ile czego, bo proporcje najlepiej przetestować według własnego smaku, my lubimy jak jest duuuuużo zieleniny i jak jest gęsty. Doprawiam świeżym koperkiem, czosnkiem niedźwiedzim i zostawiam na jakieś pół godziny. Zupa zmieni kolor z brudnoróżowego na cudownie amarantowy i to jest bardzo zaskakujący efekt wynagradzający oczekiwanie. Można zjeść z jajkiem... można z młodymi ziemniaczkami. Chłodnik taki dobry jest również następnego dnia, ale po wyciągnięciu z lodówki trzeba lekko podgrzać, uważając żeby nie zagotować. 
A z czego Wy przygotowujecie swoje chłodniki? 


wtorek, 23 kwietnia 2013

czekoladowo-śmietankowy. tort urodzinowy.

Są takie ciasta, które łatwo modyfikować, dostosowywać do swoich ulubionych smaków. I tak jest właśnie z tym czekoladowym tortem ze śmietankową masą. Bazę stanowi lekki i bardzo puszysty biszkopt, do którego upieczenia potrzeba: 
6 jajek, 
1 szklanka cukru
szczypta soli,
2/3 szklanka mąki pszennej, 
1/3 szklanki mąki ziemniaczanej, 
łyżeczka proszku do pieczenia,
5 łyżek dobrego, prawdziwego kakao
1/3 szklanki oleju roślinnego
Białka oddzielam od żółtek, dodaję sól i ubijam mikserem na sztywną masę, stopniowo dodając cukier. Pojedynczo dodaję żółtka i jeszcze przez chwilę ubijam. Mąki przesiewam, dodaję kakao i proszek do pieczenia, mieszam dokładnie. Do ubitych jajek dodaję cienką strużką olej, miksuję, a potem delikatnie, by piana nie opadła, mieszam ze składnikami suchymi. Dno tortownicy o średnicy 24 cm wykładam papierem do pieczenia, boków nie smaruję niczym. Ciasto wylewam do formy, wstawiam do nagrzanego piekarnika (170 st, bez termoobiegu) i piekę około 35 minut (do suchego patyczka). Zamiast kakao można dodać zmielone orzechy włoskie lub laskowe i smak od razu będzie zupełnie inny. 
Jak biszkopt wystygnie można zabrać się za przygotowanie masy. 
700 ml śmietanki 30%
pół szklanki cukru
250 g mascarpone
opakowanie galaretki
Najpierw rozpuszczam galaretkę w szklance (200 ml) wrzątku, dokładnie mieszając, odstawiam do przestygnięcia. Schłodzoną śmietankę ubijam wraz z cukrem na sztywną masę, stopniowo dodaję mascarpone, a na koniec powoli wlewam galaretkę, która nada delikatny smak. 
Przekrojony na trzy krążki biszkopt przekładam masą śmietanową. Trzeba to zrobić dość sprawnie, zanim masa nie zestali się, więc warto krążki przygotować sobie wcześniej. Zamiast delikatnego ponczowania (herbatą, kawą, sokiem) można pod masę śmietanową posmarować ciasto jakimś fajnym dżemem (morelowym, pomarańczowym) lub dać konfiturę wiśniową. Na wierzchu, póki masa nie zastygnie, można formować ładne fale, loczki, czy inne "zadziorki" i udekorować owocami. Być może uda się Wam obłożyć również boki - mnie się to tym razem nie udało, ale tort smaku na tym nie stracił ani krztyny :D... 
Polecam! Ostatnio jedliśmy go na przyjęciu urodzinowym mojego siedmioletniego (!!) Syna i smakował nawet mojemu Bratu, który z zasady gardzi tortami i który stwierdził, że "dobry".




czwartek, 18 kwietnia 2013

wynik candy. smoothie na dziś :)

Po pierwsze chciałam przeprosić za opóźnienie wyników candy... musiałyśmy posprawdzać jak z zadań wywiązały się wszystkie chętne osoby. A potem już tylko losowanie i.........
Nagroda główna poleci do 
Lili, 
która prowadzi bloga kobieca strefa 
Nagrodę dodatkową/niespodziankę otrzymuje: ElaKonfacela
GRATULUJEMY!!! 

A w  smoothie na dziś zmiksowałam 1/2 melona + 1 banana +1 gruszki + sok z 1 cytryny + 6 liści sałaty masłowej + pęczek natki pietruszki.
Jakie wyszło? Szczerze? Ano takie sobie... :D... czegoś mu wyraźnie brakuje... hmmm... może jakiegoś jogurtu? a może spodziewałam się bardziej wyczuwalnego aromatu melona?



środa, 17 kwietnia 2013

smoothie. dzień kolejny.

Moja kolejny dzień, kiedy staram się przygotowywać ożywcze, zielone bomby witaminowe, czyli zielone koktajle. W sumie nie korzystam z żadnych gotowych przepisów, bo denerwuje mnie w nich to, że nie zawsze udaje się dostać konkretne składniki. Improwizuję więc na całego i mam w tym ogromną przyjemność i radochę. Zachęcam Was do odwagi i mieszania, nawet zaskakującego, znanych i lubianych smaków i szukania nowych. To zabawa wielce wciągająca i jednocześnie baaaaardzo smaczna. Przestrzegam jedynie przed mieszaniem owoców czerwonych i zielonych liściastych warzyw, bo zamiast green smoothie wychodzi całkiem szary i zupełnie niefotogeniczny napój, niemniej dalej pyszny! 

ananas,  gruszka,  mango,  seler naciowy,  pietruszka, sok z pomarańczy
 gruszka, banan, ananas, awokado, jogurt, kefir, woda
 szpinak, mango, banany, kokos, płatki owsiane i otręby, woda

środa, 10 kwietnia 2013

zielony środek

Wciągnęło mnie na całego... codziennie kombinuję co by tu jeszcze można było zmieszać, zmiksować, połączyć i...... wypić! :D... Tak, tak... skoro wiosna się spóźnia i moje "zielone serce" na razie jeszcze nie ma się czym cieszyć, to choć w ten sposób dogadzam sobie i swojej Rodzinie. W takiej oto przyjemnej bardzo formie zielonych (i nie tylko) smoothies aplikuję bogatą porcję antyoksydantów, witamin, minerałów, błonnika i innych cennych składników odżywczych. Dla niektórych - jak Jen i Jadah z simple green smoothies to nie tylko dodatek do zdrowej diety, ale i cała filozofia życia. Ja jeszcze aż tak daleko nie sięgnęłam, ale jestem na dobrej drodze :D i eksperymentuję z dostępnymi składnikami. Dziś do dzbanka wpadły i zostały zmiksowane blenderem (oczywiście wcześniej umyte i co trzeba obrane ze skóry)
1 banan, 
1 mango, 
garść zielonych listków pietruszki
dwie garście listków szpinaku
parę łyżek kefiru
i woda. 
Voila! 
Może też dacie się wciągnąć w to zielone szaleństwo? 



wtorek, 1 stycznia 2013

noworocznie

Zacznę pierwszy w tym roku post od życzeń - szczęśliwego Nowego ROKU kochani! 
Życzę Wam też byście mieli mnóstwo ciekawych i odważnych planów. By czas i szczęście sprzyjało poznawaniu nowych i ciekawych ludzi. By spełniały się marzenia i noworoczne postanowienia. Byście odkryli w sobie pasję kroczenia przez życie z uśmiechem w sercach i na ustach. Byście umieli na codzień dostrzegać piękno i mieli odwagę tu i teraz być szczęśliwi. 

Po szalonym tempie końcówki listopada i całego grudnia, udało mi się nieco zwolnić tuż przed świętami i nabrać odpowiedniej werwy do przygotowania siebie i domu do świąt. Upłynęły w zaciszu domu, otulając ciepłem i miłością najbliższych mi osób, więc mogę je uznać za wyjątkowo udane. Było dużo bardzo pysznego, acz dość tradycyjnego jedzenia, ale przed Sylwestrem zmoblizowałam się do zasięgnięcia języka i poszukania podpowiedzi na menu w kreatywnych pomysłach moich różnych znajomych i koleżanek. 
I tak, oprócz kilku rodzajów śledzi zrobiłam coś, co z całą pewnością zasłużyło na miano hitu noworocznego poranka. Mianowicie roladę szpinakową z łososiem, która okazała się wyjątkowo wyśmienita i jest 2013 pomysłem na użycie szpinaku w mojej prywatnej cook book. Zacytuję Paulinę, która poddała ten pomysł, a której zdecydowanie nie znałam z kulinarnych talentów (wielbiąc po wielokroć talenty plastyczne, fotograficzne i scraperskie): 
Składniki:
- 1 opakowanie mrożonego szpinaku rozdrobnionego
- 2 łyżki mąki (ja dałam 3 bo mi się wydawało, że masa jest nieco za rzadka, choć szpinak odparowałam porządnie)
- 2 ząbki czosnku
- 1 łyżeczka masła
- 3 jajka
- 1.5 opakowania serka Almette (albo innego do smarowania, może być czosnkowy/chrzanowy/inny według uznania) - ja użyłam 200 g opakowania serka śmietankowego Twój Smak
- łosoś w plastrach (ok. 300 g)

Na patelni podsmażamy z masłem szpinak, czosnek przeciśnięty przez praskę, sól i pieprz. Odsączamy na sitku i studzimy. Żółtka dodajemy do szpinaku. Białka ubijamy na sztywno. Dodajemy pianę do szpinaku, delikatnie, mieszamy, dodajemy mąkę i delikatnie mieszamy całość, żeby nie było grudek. Wylewamy na dużą blachę (taką, która odpowiada wielkości piekarnika, zazwyczaj jest z nim w komplecie, nie taką wysoką do pieczenia ciasta) wyłożoną papierem do pieczenia i pieczemy 15 min w 190 st. 

Przestygnięty placek smarujemy serkiem i na to układamy łososia tak, żeby pokrył całość. Zawijamy jak roladę i zawijamy ściśle w folię do żywności. Wkładamy do lodówki na kilka godzin, a potem kroimy w plastry.


Dzięki Paulina - to było naprawdę przepyszne i na pewno jeszcze nie raz zabłysnę wśród gości przygotowując ją. 

czwartek, 6 września 2012

papryczkę? faszerujecie?

Być może szukacie pomysłu na jutrzejszy obiad, szybkiego i łatwego w przygotowaniu. No to mam dla Was propozycję, którą do znudzenia wykorzystuję w okresie obfitości pachnących, soczystych papryk, których cena na dodatek jest wyjątkowo przyjazna. Faszerować papryki można na wiele sposobów, ale ten jest przez nas ulubiony i w naszej rodzinie robimy go od kiedy pamiętam, pewnie od czasów niezapomnianych bułgarskich wakacji z mojego wczesnego dzieciństwa. Sposób prosty, acz wielce smakowity.
Wybrać trzeba po dwie, w miarę równej wysokości, papryki na osobę, bo nawet jeśli obie nie znikną w porze obiadu, to na kolację będzie smakować równie dobrze. Ostrym nożem obcinam część przy ogonku, usuwam dokładnie nasiona i myję.
Na farsz dla 10 papryk, potrzeba około 3 szklanek ryżu parboiled, pół kilograma zmielonego w domu mięsa (karkówka, łopatka lub szynka), dwie nieduże cebule pokrojone w drobniutką kostkę i przyprawy - czosnek, sól, pieprz, czosnek niedźwiedzi, koperek. Ryż podgotowuję 10 minut wrzucając go do wrzątku, odcedzam i mieszam dokładnie w dużej misce z mięsem, cebulą i przyprawami. Takim farszem wypełniam papryki, do około 2/3 wysokości, zostawiając zapas na pęczniejący ryż (jak na zdjęciach poniżej ;-))). Ustawiam w naczyniu, podlewam trochę wodą, przykrywam papierem do pieczenia lub folią aluminiową (bo naczynie mam bez pokrywki) i wstawiam do nagrzanego do 200 st piekarnika (z termoobiegiem), na około 60 minut.
PO tym czasie w zasadzie jest gotowa do jedzenia, ale zupełnie nie zaszkodzi jej kiedy zostanie w tym piekarniku aż do wystygnięcia. To idealne danie do przygotowania dzień wcześniej lub o poranku. Jako dodatek można zaserwować ziemniaki, ale solo też będzie sycącym daniem. Sos tworzący się w naczyniu można zagęścić nieco mąką i/lub śmietaną - taką wersję lubią moi Rodzice i ja czasem też tak robię.



środa, 29 sierpnia 2012

trzy warstwy niebiańskiego smaku...

Kto ma ochotę na coś pysznego? [las rąk widzę... morze głów ;-)))))))))]
No to działamy!
Najpierw trzeba upiec spód czekoladowy w typie brownie: 100 g tabliczkę gorzkiej czekolady rozpuszczam w kąpieli wodnej (połamaną na kawałki wrzucam do kubka, a ten wstawiam do rondelka z gorącą wodą). W miseczce roztrzepuję lekko 4 całe jajka, a potem 200 g miękkiego masła miksuję z czekoladą, jajkami, dodaję 200 g drobnego cukru i 100 g pszennej mąki, aż się dobrze połączy. Czasem dodrzucam jeszcze garść posiekanych włoskich orzechów, ale nie zawsze mam na to ochotę.
Wykładam do tortownicy o średnicy 28 cm, której spód wykładam papierem do pieczenia, a boki smaruję masłem. Piekę przez około 20 minut w piekarniku nagrzanym do 190 stC.
Potem zabieram się za część sernikową. W dość dużej misce mieszam mikserem 250 g mascarpone, 250 g serka typu Philadelphia lub Twój Smak i 500 g sera twarogowego mielonego z jednym budyniem śmietankowym lub 3 łyżkami mąki ziemniaczanej. Dodaję rozpuszczoną białą czekoladę (jak wyżej), pół puszki mleka skondensdowanego słodzonego i porządnie mieszam mikserem, ale nie ubijam, żeby nie napowietrzyć za bardzo. Potem dodaję 5 jajek, po jednym, za każdym razem mieszając dokładnie mikserem. Wylewam na podpieczony wcześniej czekoladowy spód i piekę najpierw 15 minut w temperaturze 175 stC (bez termoobiegu), a potem zmniejszam temperaturę do 120 stC i piekę jeszcze 110 minut. Po wyłączeniu piekarnika sernik trzeba studzić stopniowo, uchylając drzwiczki, a po całkowitym ostygnięciu wkładam do lodówki, żeby całkiem stężał. Po co najmniej 6 godzinach zdejmuję obręcz i przekładam na półmisek. Inspirację dla tego typu kremowych serników zaczerpnęłam z Kwestii Smaku.
Wierzchnią, najjaśniejszą warstwę zrobiłam z 300 ml ubitej śmietany kremówki (30%tł), dwóch łyżek cukru i dwóch łyżeczek żelatyny, które uprzednio namoczyłam do spęcznienia w zimnej wodzie i rozpuściłam.
Można udekorować malinami lub innymi owocami sezonowymi, ale i bez tego smak jest nieziemski.


p.s. Do zdjęć wraz z ciastem pozował talerzyk z pracowni Moniki Tarasin-Lenart

środa, 11 kwietnia 2012

mazurek pomarańczowy

Trwa oktawa wielkanocna, więc kręcę się jeszcze wśród świątecznych smaków i zapachów, dojadając słodkie wypieki, które w miarę ubywania, z dnia na dzień, smakują coraz bardziej. W tym roku upiekłam sporo ciast - od różnych serników począwszy, poprzez bułkę drożdżową i babkę piaskową, na mazurkach skończywszy. Od kilku lat przygotowuję ich różne wersje, jedne nam smakują bardziej, inne mniej, ale ten jest dla mnie hitem!
Podstawą mazurków jest cienki, kruchy spód. Przygotować należy: 150 g mąki pszennej, 150 g krupczatki, 200 g miękkiego masła, 100 g drobnego cukru, dwie łyżki gęstej śmietany 18% i 2 żółtka. Część mąki pszennej można zastąpić kukurydzianą, ale ważna jest proporcja mąki, masła i cukru - 3:2:1. Do miski z przesianą mąką ścieram na grubej tarce schłodzone masło, dodaję cukier, żółtko i śmietanę. Szybko zagniatam ciasto, bo zbyt długie wyrabianie spowoduje, że ciasto będzie zbyt twarde. Dzielę na dwie części, formuję kulki, zawijam w folię i chowam do lodówki na godzinę. Po schłodzeniu rozwałkowuję na dwa cienkie placki i przekładam do prostokątnych foremek wyłożonych papierem do pieczenia. Piekę przez 15 minut w temperaturze 175 st C.
W czasie kiedy ciasto się chłodzi i piecze przygotowuję pomarańczową konfiturę. Cztery obrane ze skórek i albedo pomarańcze kroję w drobną kostkę i razem ze szklanką cukru i sokiem z połowy cytryny, gotuję na wolnym "ogniu" (mam płytę elektryczną, prawdziwego ognia w mojej kuchni nie ma ;-))) aż do zeszklenia owoców. Zajmuje to około 45 minut, ale trzeba często mieszać i doglądać, żeby się nie przypaliło. W połowie gotowania dodaję kilka suszonych moreli pokrojonych na drobne kawałki. Garść migdałów zalewam w kubeczku wrzątkiem, po kilku minutach odcedzam i obieram ze skórki. W drugim kubku rozpuszczam w kąpieli wodnej 150 g białej czekolady połamanej na drobne kawałki.
Gotową konfiturę pomarańczową rozsmarowuję na jednym ze spodów (drugi wykorzystałam do przygotowania mazurka "różanego"), posypuję garścią suszonych moreli pokrojonych w wąziutkie paseczki, migdałami i polewam białą czekoladą. Mocno słodkie, mega kaloryczne i niebywale pyszne! Raz na rok można sobie pozwolić, prawda?

piątek, 2 marca 2012

pomysł...

... na obiad bezmięsny. Dziś kuchnia wiejska serwuje placuszki z jogurtem. Przygotuj:
dwie szklanki mleka,
pół szklanki wody ciepłej
50 g drożdży świeżych
2 jajka
3 łyżki cukru
około 2 szklanki mąki
1 szklanka otrąb (owsianych lub innych)
opcjonalnie drobne rodzynki, ziarno słonecznika, żurawina itp.
jabłko
1/2 szklanki oleju słonecznikowego
gęsty jogurt naturalny typu bałkańskiego lub śmietana 18%

W dużej misce mieszam mleko,wodę z jajkami, cukrem i pokruszonymi drożdżami. Ja robię to za pomocą trzepaczki, ale mikserem też można. Dosypuję stopniowo mąkę, by powstało ciasto o konsystencji bardzo gęstej śmietany, gęściejsze niż na naleśniki. Czasem trzeba jej nieco więcej niż 2 szklanki. Dodaję olej, miksuję jeszcze przez chwilę i odstawiam na około 10 minut w ciepłe miejsce, a ponieważ moja kuchnia jest dość zimna, nagrzewam sobie piernik do 30 st C i tam drożdże mają lepsze warunki do wzrostu. Obieram jabłko ze skórki i ścieram je na tarce o grubych oczkach. Jak na powierzchni ciasta zaczną pojawiać się bąbelki, to znak, że zaczęło intensywnie żyć i mogę delikatnie łyżką wmieszać otręby i inne dodatki, a na końcu starte jabłko. Ilość i rodzaj dodatków pozostawiam Waszej inwencji, bo nie każdy lubi rodzynki, żurawinę czy słonecznik, choć moim zdaniem wspaniale wzbogacają one smak placuszków.
Smażę placuszki na odrobinie oleju lub wręcz na suchej patelni, nakładając łyżką małe porcje ciasta, na złoto, czyli po około 2 minuty z każdej strony. Podaję z odrobiną jogurtu, posypane cukrem pudrem lub brązowym.
Dzieci je uwielbiają!!



p.s. Informuję, że w związku z pojawieniem się na moim blogu agresywnie niekulturalnych komentarzy od anonimowych czytelników, większość z nich usunęłam, ale jednocześnie zablokowałam możliwość komentowania bez pozostawienia podpisu. Nie wszystkim musi podobać się to co robię i jak robię, ale nie trzeba chyba wielkiej odwagi, by pod własnym zdaniem na jakiś temat, podpisać się, prawda?

czwartek, 23 lutego 2012

komu śledzika?

O ile w kwaśnej octowej zalewie zupełnie mi nie smakują, a do dziś pluję sobie w brodę, że nie udało mi się skosztować zielonych w Amsterdamie, to czasem po prostu odczuwam przemożną chętkę na śledzia. Musi być jednak taki zrobiony przeze mnie w domu, bo z zasady nie kupuję gotowych sałatek, w których stosunek zawartości ryby do "reszty" wydaje mi się wysoce niekorzystny. Przepis powinien był się pojawić już kilka dni temu, ale główny składnik udało mi się zdobyć dopiero we wtorek, więc wybaczcie opóźnienie. Najlepsze są lekko solone śledzie z tzw. szkockie [nazwa zwyczajowa, nikt ze sprzedających nie umiał wytłumaczyć skąd się wzięła]. Zalewa w której są przechowywane nie jest strasznie słona, ale ja i tak je po zakupie (i po umyciu pod bieżącą wodą) moczę przez noc z mleku. Do zrobienia sałatki potrzeba:
60 dag śledzi
2 duże cebule
2 duże jabłka
3 cytryny
kilka łyżek oleju lub oliwy z oliwek
pieprz, majeranek
Wymoczone w mleku i opłukane śledzie kroję, cebulkę drobno siekam, obrane ze skórki jabłka ścieram na tarce o grubych oczkach - wszystko wrzucam do dużej miski. Cytryny umyte i sparzone obieram cieniutko z żółtej skórki (nie wywalam tylko przeznaczam na nalewkę!). Z jednej ściągam jeszcze to białe albedo i kroję w drobną kosteczkę - wrzucam też do miski. Z pozostałych dwóch wyciskam sok i wlewam go do śledzi. Doprawiam oliwą, pieprzem i odrobiną majeranku, dobrze mieszam i przekładam do dużego słoja. Nie dodawajcie jednak soli w jakiejkolwiek postaci, bo są i dostatecznie słone, a po przedawkowaniu chce się pić, pić, pić... ;-)))... Muszą chwilę postać w lodówce, żeby smaki się przegryzły, a potem jedzą go z przyjemnością nawet ci, którzy ryb nie lubią. Z kromką świeżego chleba z masłem... pycha! Smacznego!

poniedziałek, 20 lutego 2012

soczewica? czemu nie!

Bardzo lubię potrawy tzw. jednogarnkowe, choć przygotowanie ich nie zawsze ogranicza się do jednego naczynia. Soczewica zaś, choć mało fotogeniczna przez swoją burość, jest od jakiegoś czasu naszym domowym numerem jeden. Z czerwoną często gotuję zupy, natomiast zielona służy jako baza do dań, w których można też używać fasoli. Wielką zaletą jest to, że nie trzeba jej namaczać na całą noc, jednak by szybciej się ugotowała zalewam ją wrzątkiem na 30 minut i potem dopiero zaczynam gotować.
Na patelni podsmażam jedną dużą cebulę pokrojoną w kostkę i 3 ząbki czosnku wraz z 1/2 łyżeczki kuminu i solidną łyżką sezamu. Jak cebula zmięknie dorzucam 1/2 kg dobrej kiełbasy pokrojonej w półplasterki i podsmażam. Potem dodaję jeszcze około 30 dag pieczarek grubo pokrojonych i kilka łodyg selera naciowego. Pod koniec smażenia doprawiam świeżo zmielonym pieprzem, curry i odrobiną chilli. W międzyczasie w garnku gotuję soczewicę (całe opakowanie, 400 g) z dwoma dużymi marchewkami pokrojonymi w grubą kostkę i małą pietruszką również pokrojoną. Pod koniec gotowania doprawiam solą, odrobiną cukru i jak tylko soczewica jest miękka - łączę z zawartością patelni i chwilę razem jeszcze gotuję. Na koniec dodaję słoiczek przecieru pomidorowego (koncentratu), który nie tylko poprawia kolor, ale i wzbogaca smak. Smacznego!

p.s. porcja taka wystarcza na dwa obiady dla naszej 5-osobowej rodziny.

wtorek, 14 lutego 2012

paczuszki ze...

... szpinakiem oczywiście. Bo my bardzo lubimy szpinak, szczególnie taki w listkach. Lubię także mieć w lodówce ciasto francuskie - to świetna baza do wszelakich szybkich pomysłów na zrobienie czegoś do jedzenia na ciepło. Bywa, że dręczeni głodem na "coś słodkiego" pieczemy sobie małe ciasteczka z dżemowym nadzieniem, ale dziś trzeba było wymyślić coś konkretniejszego.
Najpierw włączyłam piekarnik by nagrzał się do 200 st, a w szerokim garnku rozmroziłam szpinak (niepełne dwa opakowania), lekko go odparowałam, doprawiłam solą, pieprzem, czubrycą i czosnkiem. Gotowe ciasto francuskie po wyjęciu z opakowania pokroiłam na 6 części (wyszły "prawie" kwadraty, a z dwóch opakowań wyszło 12 pakuneczków)). Na środku każdego położyłam plasterek sera żółtego, porwanego w mniejsze kawałki, na to solidną porcję szpinaku. Rogi ciasta skleiłam w pakunek i po 20 minutach w piekarniku (z termoobiegiem) można było je wyciągnąć - były ślicznie rumiane i naprawdę przepyszne. W związku z dzisiejszym dniem możnaby powiedzieć, że przez kubki smakowe i żołądek staram się trafić do serca... hahaha... Smacznego... ;-)


p.s. ja zjadłam dwa i można powiedzieć, że to porcja całkowicie wystarczająca, ale domownicy po pochłonięciu 3 szt na "głowę" po półgodzinie pytali co dziś na obiad... nosz.........;-)))))))))))))))))

wtorek, 17 stycznia 2012

kuszące kanapeczki... i foto lift...

Bardzo pilnuję by moje dzieci nie wychodziły rano z domu bez śniadania. Czasem nawet udaje mi się wstać na tyle wcześnie, by przygotować im kaszę manną na mleku [jedni lubią inni nie;-)))] lub płatki owsiane z jogurtem. Dziś sznupiąc po lodówce w poszukiwaniu czegoś dla siebie na drugie śniadanie natknęłam się na kawałek ciasta francuskiego i postanowiłam spróbować zrobić z niego domowe namiastki croissantów... W czasie kiedy piekarnik nagrzewał się do 200 st w trybie turbo, pokroiłam ciasto na trzy w miarę równe kawałki, położyłam na każdym kawałek wędliny, odrobinę sera żółtego, pół łyżeczki chutneya pomidorowego i posypałam czarnuszką. Gdyby kawałki ciasta były nieco większe możnaby im skleić brzegi, by powstały zgrabne pakuneczki albo wręcz skręcić w rogalika... Po 10 minutach w piekarniku miałam gotowe, pięknie "zlistkowane" kanapeczki - pachnące, ciepłe i pyszne... Polecam...I to jest też pomysł na szybkie, ciepłe śniadanie dla dzieci, które, tak jak moje, lubią takie smaki.
edit: skoro tak Wam się podoba moja śliczna turkusowa paterka, to koniecznie musicie odwiedzić bloga Pracowni Kasi, skąd moje cudo pochodzi. Z przyjemnością polecam jej zdolne ręce!
Polecam również Waszej uwadze wyzwanie fotograficzne w art-piaskownicy - foto lift #16, do którego udało mi się zrobić całkiem fajne zdjęcie... ;-)))

poniedziałek, 16 stycznia 2012

na poprawę humoru... crumble

Macie też takie dni, że za coś słodkiego do jedzenia oddalibyście połowę królestwa i jeszcze coś na dokładkę? Ja właśnie wczoraj tak miałam... na dodatek musiało być od razu gotowego do zjedzenia... na ciepło wręcz... bez "wysysającego" czekania na zastygnięcie czy wystudzenie. Czasem w takiej roli sprawdza się najzwyklejszy budyń czekoladowy lub śmietankowy, ale tym razem nie to chodziło mi po głowie...
Myślałam o jakiejś szybkiej tarcie, ale dzięki podpowiedzi Agnieszki postanowiłam zmierzyć się z deserem prostym i szybkim, który jednakowoż nigdy jeszcze w mojej kuchni nie zagościł. Mianowicie crumble. Obrałam szybko jabłka, pokroiłam je w grube plastry, ułożyłam na dnie naczynia do zapiekania. Wpadłam jeszcze na pomysł, żeby jabłka posypać garścią borówek (prosto z ogrodu ;-))), co szybko uczyniłam znalazłszy ostatnie ich pudełko w zamrażarce. Oprószyłam cynamonem i posypałam obficie kruszonką, zagniecioną z masła, cukru i mąki. Wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 180 st C na 25 minut, tak by kruszonka się pięknie zrumieniła. Co prawda nie jest fotogeniczne, nie jest zwarte i przy nakładaniu malowniczo się "rozpada", ale było naprawdę pyszne i sycące głód słodkości, a gdyby jeszcze podać je z gałką lodów waniliowych - byłoby niebem...