Pokazywanie postów oznaczonych etykietą takie tam dyrdymałki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą takie tam dyrdymałki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 lipca 2013

#800 wow!!...... i jeszcze jedna ozdoba z żółtymi kwiatami

Niesamowite, prawda? 800 postów napisanych tutaj....:) przyznać musicie, że pracowicie spędziłam ostatnie kilka lat, bo to daje grubo ponad 145 postów rocznie.... średnio 12,3 postów miesięcznie. 
Dziękuję, że tu ze mną jesteście - za obecność, za komentarze... za miłe znajomości, za udział w codziennych radościach i podtrzymywanie na duchu w chwilach trudnych.... Nie będę obiecywać, że napiszę kolejnych 800 postów, ale chyba nie wyobrażam sobie życia bez tego miejsca kontaktów ze światem i na pewno będę starała się bywać tu tak często, jak tylko to możliwe. 


wtorek, 26 lutego 2013

akcja... "bukiety dla każdej kobiety"

Dziś mam małe ogłoszenie o akcji, na pomysł której wpadłam po wczorajszej rozmowie z miłym Klientem. W sumie skierowane do panów i na dodatek takich, którym zależałoby na fajnej niespodziance dla Ukochanej Kobiety, z okazji święta. 
Otóż jeśli chcielibyście podarować im wspaniały i niepowtarzalny bukiet kwiatów, przygotowany na Wasze zamówienie w pracowni FloraArt, to serdecznie zapraszam po wszelkie dodatkowe informacje, szczegóły i zamówienie - piszcie na floraart.sklep@gmail.com lub dzwońcie (tel na plakacie poniżej).  Ze względów logistycznych oferta jest aktualna dla Krakowa i bliskich okolic, bo dodatkowo możemy wyręczyć Was z kłopotu i dostarczyć kwiaty pod umówiony adres (wraz z bilecikiem!). 

Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się tą informacją o akcji ze swoimi znajomymi... 





wtorek, 9 października 2012

nowa odsłona

Od kilku dni pomalutku i wyjątkowo mozolnie próbowałam zasłużyć na odznakę "projektanta strony internetowej". Nie było lekko... ale zawzięłam się i melduję uprzejmie, że choć jeszcze nie wszystko skończone i dopięte na ostatni guzik, to wreszcie mogę wam pokazać nową odsłonę mojej strony w całej okazałości... Zdaję sobie sprawę z jej pewnych niedoskonałości (jak choćby czcionka nie bardzo chcąca współpracować z polskimi znakami), ale i tak to milowy krok naprzód. 
Własne moje latorośle wyraziły "woooooow" (co im się nieczęsto zdarza), więc puchnę z dumy i idę to uczcić... ;-))). A Was zapraszam do odwiedzin na FloraArt.pl. Przyjmuję wyłącznie konstruktywną krytykę i/lub głośny aplauz... ;-)))) na na na na.... 

piątek, 20 stycznia 2012

kolory...

Ostatnio bardzo podobają mi się bardzo jasne wnętrza domów, wręcz takie z przewagą bieli jak tu , choć kiedyś biel kojarzyła mi się z zimnem, sterylnością i bardzo mnie odstraszała. Jednak jak chyba każdy - potrzebuję odmiany i aktualnie kolorowe ściany chciałabym bardzo móc przemalować na jasno-jaśniuteńko, co jednak zapewne nie nastąpi zbyt szybko... przecież musi się zrobić na tyle ciepło, by dało się bez problemu wietrzyć i suszyć, prawda?
Wybiegając jednak myślami w przyszłość, nie wyobrażam sobie jednak życia w takim całkiem "odkolorowanym" domu, ale od czego siła i moc dodatków. Kolorowych dodatków. Szkła, poduszek, kwiatów, itepe-itede... Wędruję tymczasem po domu wyłapując KOLOR... bo za oknem jak nie szaro to znów biało... i tak jeszcze pewnie przez pewien czas będzie... Częstujcie się!!
A przy okazji chciałam Was zaprosić do art-piaskownicowej fotograficznej zabawy w kolory. Moje butelki już tam są ;-)))....




środa, 18 stycznia 2012

na-na-na-na... dostałam prezent!

Historię powstania tego prezentu Aneta już opowiedziała na swoim blogu, ale jeśli nie czytaliście to zapraszam. Dopowiem jednak conieco od siebie... bo prezent jest wyjątkowo trafiony!!!
Etui na robótkowe akcesoria jest nie tylko efektowne i kolorowe, ale przede wszystkim niezwykle praktyczne, co uwielbiam. Mieści się w nim swobodnie kilka par drutów długich prostych, wszystkie moje szydełka [coś ich mało, mało...] i druty na żyłkach. Można zapakować również nożyczki... i co tam się jeszcze zmieści... i zabrać ze sobą np. w podróż, w formie kompaktowej... Wreszcie mam je wszystkie w jednym miejscu, nie znikają, nie gubią się... Pomysł genialny! Jeszcze raz bardzo bardzo dziękuję!!!


niedziela, 1 stycznia 2012

HAPPY NEW YEAR!!

No i mamy to za sobą... przejście Starego - w Nowy... granica umowna, ale jakże znacząca. Nie obyła się bez fajerwerków na okolicznych wzgórzach, a dzięki temu, że nie było mgły jak w ubiegłym roku, spektakl był przepiękny! Z jednej strony cieszę się, że minął kolejny rok, a z drugiej żałość serce ściska, że lat przybywa...
Doszłam do punktu, w którym nie pozostaje mi nic innego jak znów rozpocząć wszystko od nowa. Jestem bogatsza w doświadczenia, ale nie umiem jeszcze ich wykorzystać i nie widzę jeszcze celu, do jakiego mam dążyć - widzę tylko początek drogi i nie wiem, dokąd mnie ona zaprowadzi. Nie czuję się więc na siłach, by składać jakiekolwiek noworoczne deklaracje, plany i postanowienia, choć pęd ku temu wszechogarniający... Nie wiem na czym to polega, ale te moje wypowiedziane głośno tracą moc i ZAZWYCZAJ mało kiedy udaje się je potem zrealizować. Jakaś skaza genetyczna, defekt? Aberracja czasoprzestrzeni? Sprzysiężenie przeciwności? Więc pozwolicie - zachowam je wyłącznie dla siebie.
Trzymam jednak kciuki i wznoszę toast za powodzenia Waszych planów - barszczykiem noworocznym. I w ramach śniadania - rożkami z nadzieniem szpinakowym. Ba! wręcz podzielę się przepisem na nie, bo w przeciwnym wypadku byłby to skrajny afront dla Waszej tu obecności ;-)))


Pierożki są z niebywale miękkiego i delikatnego ciasta, genialnie smakują zarówno na zimno, jak i podgrzane w piekarniku. Potrzeba:
1/2 kg mąki
kostka masła
1 szklanka kwaśniej śmietany 18% (do zup i sosów)
2 żółtka
4 dag drożdży
łyżeczka cukru
Drożdże trzeba rozetrzeć z cukrem, żółtkami i śmietaną, dodać do mąki, wkroić masło - szybko posiekać i zagnieść ciasto - jak na kruche.
Potem tylko trzeba rozwałkować, niezbyt mocno podsypując blat mąką, wykrawać kółka lub pokroić na kwadraty i nadziewać. Nadzieniem może być rozmrożony i doprawiony czosnkiem i fetą szpinak w listkach (można pół na pół: w listkach i rozdrobniony), kapusta kiszona przygotowana jak na pierogi, mielone mięso - przesmażone z przyprawami. Nawet suszona śliwka - jeśli macie ochotę na wersję na słodko. Byle nadzienie to było porządnie odparowane, bo każdy wyciek będzie utrudniał sklejanie brzegów.
Rożkom sklejamy brzegi, układamy na blasze do pieczenia, wierzch smarujemy rozkłóconym jajkiem. Ja jeszcze posypałam czarnuszką, bo jakoś mi bardzo pasowała do szpinaku, ale można posypać sezamem, makiem, kminkiem, grubą solą lub tym co lubimy najbardziej.
Piec w 170 st C, przez 15-20 minut. Polecam!!! PYCHA!!!


A wracając do życzeń - bądźcie szczęśliwi i zdrowi... reszta sama przyjdzie lub da się ją wypracować ;-)))....

wtorek, 27 grudnia 2011

po świętach

Mili moi Czytelnicy bloga... zaglądający, czytający i komentujący... Dziękuję za Waszą obecność, za komentarze i miłe słowa, dodające siły i skrzydeł do dalszej pracy. Bez Was ten blog byłby tylko czczą gadaniną do siebie samej, a jednak moja praktyczna natura by tego nie zniosła. Dobrze, że jesteście. Dziękuję też za wszystkie cudowne świąteczne życzenia, które napłynęły do mnie wszelkimi nowoczesnymi i tradycyjnymi drogami... odwzajemniam je z całą swą mocą.

Pozostając w nastroju, staram się wyciszyć, uwolnić głowę od natłoku myśli i mając przy sobie najbliższych - nacieszyć tą ich dobrą obecnością. Odreagować przedświąteczne stresy i odzyskać energię straconą na ratowanie misternych planów burzonych przez kumulację nieprzewidzianych wypadków. Cieszyć się pięknie z sukcesów i wyciągać wnioski z porażek (także kulinarnych ;-), ehh...)

Wrócę niedługo... Muszę tymczasem zrobić dokładniejszy niż standardowo bilans... Który oby przyniósł jasne wskazówki do podjęcia ważnych decyzji... Nie jest łatwo... ale nikt nie obiecywał, że będzie, prawda?

sobota, 5 listopada 2011

jesień piękna

Szkoda, że nie mogę Wam pokazać przepięknej jesieni widzianej kilka dni temu podczas podróży samochodem. Mieszkamy w "dolinie mgieł" - o tej porze roku często świata tu nie widać, ale na szczęście kilkanaście kilometrów później jej wysokość-gęsta-i-mleczna rozproszyła się, ustępując ostremu słońcu i lazurowi nieba... Zauważyliście jak przepięknie przebarwiły się w tym roku czereśnie - na ciemnozłoto z pomarańczowo-czerwonym rumieńcem? A buki? A słoneczno-żółte liście klonowe? Rozglądałam się z zachwytem, jadąc i próbując zapamiętać te ulotne widoki i kolorowy spektakl, żałując, że nie da się jednocześnie fotografować i kierować autem. Bo przecież za parę dni przyroda może już wyglądać całkiem inaczej.
Jednak nawet nie ruszając się nigdzie daleko... ot, tak w zasięgu półgodzinnego spaceru tuż przed zachodem słońca... również można znaleźć jesienne widoki poruszające miłe emocje. Coś czego trzeba mi jak tlenu do życia.




czwartek, 13 października 2011

inspirująca środa...

Chodzę od wczoraj jak nakręcona... bo nie ma lepszego impulsu na wyrwanie się z marazmu i braku weny niż porządnie natychająca wycieczka i spotkanie z ciekawymi ludźmi. Czasem po prostu TRZEBA zrobić sobie wyrwę w codziennym kieracie, mówię Wam to z ręką na sercu! Wybrałam się niby niedaleko, na dodatek w doborowym towarzystwie Mariselli (sypiącej skrzący perełkami słowotok z lekkością piruetów primabelleriny), ale nie przypuszczałam nawet, że wybieram do aż tak bajkowej krainy kolorów, kształtów i faktur. "Zwiedzanie" zakamarków pracowni Moniki Tarasin-Lenart, królowej szkła, tworzącej metodą fusingu, naładowało mnie wyjątkową porcją inspiracji. Nie dość, że uchyliła przed nami rąbek tajemnic swojego warsztatu, nazwała różnymi trudnymi-nie-do-zapamiętania słowami maszynerię, pomagającą jej wypuszczać z pracowni dzieła niemal doskonałe i pozwoliła spróbować pokręcić szklane drobiazgi, to na dodatek pozwalała do woli napawać się dobrą energią gotowych cudeniek. I powiem Wam, że buszowanie to z minuty na minutę wzbudzało mój coraz większy SZACUNEK... Tylko prawdziwa Artystka potrafi w tak wdzięczny sposób z pozornie powszedniego i banalnego wręcz materiału czynić TAKIE dzieła sztuki!! Koniecznie do niej zajrzyjcie!!!
A ja tu Wam serwuję kolejne opaski dla małych dziewczynek... ha! No coś muszę... ;-)))), to taki mój wentyl bezpieczeństwa...


poniedziałek, 3 października 2011

z czerwonym rumieńcem...

Dziś maleńki łyk kolorów jesieni... A czy wiecie skąd się biorą? W sumie to prosta fizjologia roślinna. Otóż, jak zapewne wiecie chlorofil to zielony barwnik odpowiedzialny za fotosyntezę. Jesienią ulega on rozkładowi na prostsze związki, odprowadzone potem z liści do pnia i korzeni. To część procesu przygotowującego rośliny do przejścia w zimowy stan spoczynku, bo z racji coraz krótszych i coraz zimniejszych dni słońce dostarcza coraz mniej życiodajnej energii.
Liście przebarwiają się na czerwono, żółto i pomarańczowo, bo dochodzą wtedy do głosu inne barwniki, wcześniej zagłuszane przez chlorofil - żółte ksantofile, pomarańczowy karoten i purpurowe antocjany. Intensywność przebarwień nie zawsze jest jednakowa, bo zależy m. in. od pogody - drzewa stroją się najpiękniej, kiedy pod koniec lata nie było suszy, a jesień jest ciepła, słoneczna i dość sucha. Zależy także od rodzaju podłoża - drzewa i krzewy rosnące na glebach kwaśnych i przepuszczalnych przebarwiają się o wiele ładniej. Ciekawe jest również to, że nasze rodzime rośliny zmieniają kolor zazwyczaj na żółto, natomiast te czerwone i pomarańczowe są częściej pochodzenia obcego.


wtorek, 4 stycznia 2011

Takie tam. Pan Kot.

Zaszyłam się poświątecznie... zawiesiłam... i jakoś jeszcze czekam na noworoczny reset i zaktualizowanie moich poczynań. W ubiegłym tygodniu odwaliłam trochę większych porządków, odkładanych już od dawna. Napiekłam się mufinek i innych takich dobrości, które znikały w dziobach moich sikorek w tempie zastraszającym. Zrobiłam najpyszniejszy sylwestrowy bigos jaki kiedykowiek mi się udał. Wielki gar noworocznego barszczu, o rubinowym kolorze i delikatnym wędzonkowym posmaku też już jest wspomnieniem.
I wenę jak na złość mam. Mówię na złość, bo pokończyły mi się strategiczne materiały i bez nich ani rusz. A sklepy z koniecznym zaopatrzeniem mają "gdzieś" zdesperowanego klienta dręczonego przez wizje kolejnych bransolet, kolczyków i innych takich i w najlepsze, powoli, bez pośpiechu liczą sobie inwentaryzacje. I będą zamkniete do 10 (!!!!!) stycznia. Dobrze, że jest internet. Więc popijam herbatę i buszuję... odkrywam nowe miejsca... i rysuję co mi tam do głowy wpada, żeby nie zwiało w mrokach niepamięci i dało się odtworzyć.
A kot śpi. Zazwyczaj tam, gdzie ja jestem. Niedawne miejsca ulubione omija szerokim łukiem. Szuka nowych... Jest wielki, z grubym futrzyskiem, zwinny bardzo. I wcale mu nie przeszkadza brak części ogona. Muszę też stwierdzić, iż jest w świetnej komitywie z kociskiem, którym zostałam obdarowana w pewnien listopadowy wieczór przez szyjącą mistrzynię Kasię, z którą miałam wielką przyjemność się spotkać i spędzić okruch czasu...